środa, 9 maja 2012

Matka Częstochowska i chłopiec z Nikaragui

Mail, który przyszedł wczoraj...

Drogi Romanie,

Pozdrawiam Cię serdecznie. To ja jestem tym misjonarzem dla którego pisałeś ikonę Matki Bożej Częstochowskiej. Dziękuję. Za modlitwę i pracę. Przyjechala w bardzo ważnym i niesamowitym momencie bo w wigilie Święta Bożego Miłosierdzia i jednocześnie głębokiego bardzo doświadczenia duchowego, jakie Pan Bóg mi w tym czasie podarował. Na potwierdzenie przyjechała do mnie Matka Boża i przywiozla Jezusa w tej ikonie. Dziękuję. To bardzo ważne dla mnie, taki ważny moment, znak i potwierdzenie czegoś bardzo istotnego. Długo by opowiadać...

Kończe teraz studia w Rzymie z duchowości i wracam do Ameryki Srodkowej, gdzie pracowałem przez ostatnich 10 lat. Matka Boza z Czestochowy towarzyszy mi bardzo na mojej drodze. Tam na Jasnej Górze wiele się wydarzylo w moim życiu już w dzieciństwie i mlodosci. Matka Boża wie...

Po święceniach dała mi tę łaskę odprawić i przewodniczyć jednej z pierwszych
Eucharystii w moim życiu. Tam, własnie przy Jej obrazie, przy tym oltarzu. Na prymicje dostałem Jej ikonę, którą zabrałem do Nikaragui. Przed wyjazdem z misji na studia do Rzymu przychodził do mnie może 12 letni chłopiec z bardzo biednej rodziny i prosił, aby poswięcić ich nowy dom, który wybudowaliśmy dla nich wraz z Caritasem jako projekt dla najuboższych. Widziałem wielką wiarę u tego chlopaka. Podarowałem mu wlaśnie tę ikonę i wytlumaczyłem wszystko. Najpiękniejsze bylo widzieć jego oczy, twarz, które nie umiały słowami wypowiedzieć radosci, wdzięczności i szczęścia. Wzruszyłem sie gdy ich żegnałem. Wiem, ze ten chlopak już będzie z Nią szedł przez cale życie a Matka Boża będzie go prowadziła. Teraz ja ucieszylem sie tak samo jak on tamtego dnia, kiedy zupelnie niespodziewanie otrzymalem tą samą ikonę, którą dla mnie napisaleś wraz z modlitwą. Nie umiem wyrazić tego slowami.




Odpowiedziałem:

Witaj :) zawsze zaskakuje mnie gdy słyszę jakie łaski Matka Boża przynosi dla nas i w jakich momentach, choć przecież wiem, że stale jest blisko i cały czas ma nas pod matczyną opieką, jak to mama. Historia z ikoną, o której napisaleś jest niezwykla... i piękna. Ja sam mam rownież wielkie nabożenstwo do naszej Pani Częstochowskiej. Wykonanie Jej ikony nie jest łatwe, bo światło z Jej oblicza splywa tak delikatnie, jakby zacierały się granice światła i cienia. Gdy myślę, że będziesz z Nią pielgrzymował, przypomina mi się, że dla mnie jest Ona stale opiekunką w drodze. Odkąd poszła "z pośpiechem w góry" do swojej kuzynki do Ein Karem, stale towarzyszy pielgrzymom. W każdym nocnym obrazie nieba na mojej drodze przez Palestynę bylo Jej spojrzenie. Zastanawiałem się o czym myślala gdy w nocy patrzyła w gwiazdy... Terazn towarzyszy tobie i obaj wiemy, ze Ona nie opusci nas nigdy. Zawsze prowadzi do Syna, na spotkanie Pełni. Pielgrzymować to znaczy przekraczać tą granicę niewiary, którą Ona przekroczyla jako pierwsza. Niech cię prowadzi i otula płaszczem matczynej opieki! 
Z modlitwa, 
Roman


Z moich starych zapisków...

Pisanie ikony to współpraca z Duchem Świętym. Tylko w modlitwie można doświadczyć owego prowadzenia, pójść na spotkanie Piękna i Prawdy, które łącząc się w przestrzeni ikony otwierają piszącemu okno na świat Bożej obecności.
Każda ikona jest znakiem Obecności, widzialnym znakiem Niewidzialnego, jak pisał w VII wieku św. Jan Damasceński z klasztoru Mar Saba na Pustyni Judzkiej. Ikona nie nosi podpisu autora, każda jest cudowna i każda jest inna, mimo że każda jest zawsze uobecnieniem Chrystusa, bo Matka i święci Kościoła prowadzą tylko do Niego. Bóg przez wcielenie staje się obrazem, odbiciem Praobrazu, pierwowzoru prawdziwego piękna i jedynej prawdy. Jednak wśród ikon z którymi dotąd się zetknąłem jedna zajmuje szczegóne miejsce. 
Ikona Matki Boskiej Częstochowskiej zawsze budziła mój szczególny szacunek i chyba trudno wytłumaczalną bojaźń. Może to przez wieki modlitw przed Jasnogórskim Wizerunkiem, ofiar prostych ludzi i wielkich osobistości, przez oddawanie Matce Boga spraw po ludzku beznadziejnych, przez liczne cuda płynące z bezgranicznego zawierzenia. 
Gdy skupić się na technicznej stronie wykonania ikony, obraz Madonny Jasnogórskiej, mimo że tak dobrze znany, jest bardzo trudny do wykonania. Pociemniały werniks sprawia, że światło wydobywa się z oblicza Maryi i Syna  w zaskakujący sposób, rozkładając się delikatnie, jakby płynąc i przechodząc na patrzącego. Prawa dłoń Maryi, wolna, jakby złożona na piersi, jednocześnie wskazuje Syna i gestem zaproszenia pokazuje drogę. Ten typ zobrazowania Maryi to Hodegetria - wskazująca drogę. Jezus spoczywa na lewym ramieniu Matki trzymając zamkniętą Księgę i unosi prawą dłoń w geście błogosławieństwa. Jego wzrok nie spoczywa na Matce ani nie kieruje się wprost na patrzącego, jest jakby zwrócony do wewnątrz, może zapatrzony w męczeńską przyszłość?

Wykonanie ikony Matki Boskiej Częstochowskiej zamówiła osoba pragnąca obdarować nią misjonarza, werbistę udającego się do Ameryki Łacińskiej. Mimo kilkuletniego doświadczenia i wykonanych blisko stu prac, po raz pierwszy miałem zmierzyć się z ikoną Matki Boskiej Częstochowskiej. Wszystko w Jej obliczu jest tak mało określone, tak nieuchwytne, jakby granice światła i cienia zostały usunięte, jakby kolory, linie i kształty zatarły się specjalnie po to, żebym pisząc ikonę nie szukał gotowych form do prostego naśladowania, tylko zdał się na prowadzenie, tak jak Ona, gdy powiedziawszy "fiat" "wyruszyła z pośpiechem w góry". 
Ikona powstaje przez zdanie się na prowadzenie Ducha Świętego. Podczas modlitwy, która temperą dotyka  lipowej deski, święte Oblicze ukazuje się stopniowo "wychodząc" spod mojej dłoni, ale jednocześnie to ja jestem na nowo stwarzany przez powstającą ikonę. Ikona "pisze" mnie nowego. Przewodniczką w tej drodze do Syna jest Matka, która zawze pokazuje kierunek. 
Patronka pielgrzymowania. Patronka najtrudniejszych misji.

Przypomniało mi się moje pierwsze spotkanie z Maryją. Było to na pielgrzymce...


Po raz pierwszy spotkałem Ją w powieści Romana Brandstaettera. Wcześniej była tylko postacią z obrazów lub kościelnych fresków, raz pucołowata z oczami wzniesionymi w górę, innym razem bardzo smutna albo lekko zezująca. Brandstaetter wymalował Jej obraz w mojej wyobraźni jako zachwycająco pięknej, skromnej i szlachetnej żydowskiej dziewczyny, która bez wahania rzuciła się w otchłań nadludzkiego wyzwania. Fascynowała mnie odwaga, czystość i bezkompromisowość Jej postawy. Widziałem jak jej stopy obute w skórzane sandały podnoszą kurz z drogi, gdy wyrusza z radością w góry, sama, w kilkudniową podróż do swojej kuzynki do El Kareim.
Piękno Maryi biło nie tylko z jej rysów, ale z niezwykłej szlachetności i z intrygującej tajemnicy, której nie rozumiałem, ale która pociągałą mnie z wielką mocą.
Zacząłem podświadomie szukać obrazu Maryi w rzeczywistym świecie. Chciałem Ją sobie zmaterializować, ujrzeć Ją własnymi oczami. Moja wyobraźnia, której wtedy brakowało wiary, domagała się obrazu. Zmysł wzroku wyruszył na poszukiwania. Błąkając się po kościołach wodziłem oczami po obrazach i figurach, tęskniłem i szukałem. Poszukiwania Maryi były częścią moich większych poszukiwań, które odbywałem po omacku, często upadając albo zatrzymując się gdy traciłem Ją z oczu, wtedy zapominając o Niej zastygałem unieruchomiony pozornie udanym życiem, ale tęsknota odzywała się gdy przychodził kolejny upadek. W końcu trafiłem do świata prawosławnych ikon.
- Ikona nie jest obrazem widzialnej rzeczywistości, nie przedstawia świata, który znamy. – Mówił na zajęciach z pisania ikon ojciec Jacek, jezuita.
- Rysy postaci, symbole i kolory nie dają nic gotowego naszym oczom, mają nas tylko prowadzić do świata ukrytego ZA ikoną. Ikona jest tylko oknem, które łaska Boga otwiera dla nas na niebieskie królestwo.
Maryja z prawosławnych ikon nie była jednak Tą, której szukałem. Wydłużone rysy, mocny obrys brwi, wąski, nieproporcjonalny nos. Spotykałem osoby, które z zachwytem spoglądały na ikonowe wizerunki Madonny, ale To nie była moja piękna, skromna i nieludzko odważna dziewczyna, której szukałem.
Ojciec Jacek wyjaśniał, że kanon pisania ikon celowo narzuca wydłużone, nienaturalne proporcje i odwróconą perspektywę. Nie ma tu światłocieni i wszystkich technik, których używa malarstwo zachodnie. “Nikt nie widział Boga” dlatego ikona nie jest próbą uchwycenia Go. Ikona nie jest piękna na ludzki sposób. Nie może dawać pociechy zmysłom, bo te łatwo oszukać. Ikony nie mają być podziwiane, dlatego nie lubią wystaw. Ikona służy do modlitwy.
Rozumiałem to, ale gdzieś w głębi duszy i tak wierzyłem, że kiedyś Ją spotkam. Moją Maryję.


Stało się to w małym miasteczku w Toskanii, którego nazwy nie zapamiętałem, w jednym z franciszkańskich kościołów. Ujrzałem Ją w bocznym ołtarzu. Znieruchomiałem w zachwycie bo od razu wiedziałem, że to Ona.
Chcąc stworzyć obraz piękna absolutnego i okazać aniołom i ludziom moc swojej boskiej sztuki Bóg uczynił Maryję najpiękniejszą ze wszystkiego co powołał do istnienia. Ponownie połączył w niej piękno, które rozdzielił wszystkim stworzeniom i uczynił Ją wspólną ozdobą wszystkich bytów widzialnych i niewidzialnych, a raczej połączył w Niej całą doskonałość boską, anielską i ludzką, najdelikatniejsze piękno, ozdobę dwóch światów, podnosząc się z ziemi do nieba i zstępując w dół…
Była to kopia ikony Matki Boskiej Włodzimierskiej, stworzonej przez anonimowego ikonopisa w XII wieku, w czasach panowania dynastii Komnenów, w okresie największego rozkwitu ikonografii bizantyjskiej.
Stałem oniemiały i wparywałem się w piękno, które przekraczało wszelkie ludzkie kanony. Utkane liniami transcendencji nowego stworzenia, całkowicie przebóstwionego, oblicze pełne niebiańskiego majestatu zawierało jednocześnie całą kruchość istoty ludzkiej. Oblicze Maryi było wydłużone, szlachetny, długi nos, delikatnie zarysowane usta, wąskie, duże, ciemne oczy pod łukowatymi rzęsami, które rzucały prawie niewidoczny cień czyniąc spojrzenie zasmuconym i zatroskanym jednocześnie. Cień rzęs sprawiał, że pogłębione źrenice zanurzały się w nieuchwytnej dla mojego spojrzenia głębi, a dalej była już tajemnica Matki Boga, niedostępna dla mnie.
I wtedy poczułem wstyd. Spuściłem oczy, bo poczułem, że nie mam prawa do tych zachwytów, że moje poszukiwania były przejawem pychy i braku wiary. Maryję dostrzegały teraz tylko moje oczy, które tworząc Jej wytęskniony obraz poddawały Ją moim zmysłom. Stojąc z opuszczonym wzrokiem przed ikoną Matki Boga przepraszałem Ją za moją nieudolność, za przyziemność, która domagała się ziemskiego wizerunku od najczystszej z istot, niezrównanej i nieporównywalnej z niczym.
- Przecież jesteś o wiele piękniejsza od wszystkiego co stworzył człowiek – szeptałem w myślach.
Wtedy przypomniało mi się rozczarowanie i łzy Faustyny, gdy zobaczyła obraz Chrystusa namalowany na płótnie przez malarza.
– Kto Cię wymaluje tak pięknym, jaki jesteś naprawdę?
Chrystus odpowiedział:
- Nie w piękności pędzla i farby jest wielkość tego obrazu, tylko w mojej łasce.
Podniosłem jeszcze raz oczy na ikonę. Oczy Maryi niosły nieskończoną troskę, otaczały mnie opieką. To było Boże Miłosierdzie. Wstrząsnęła mną szalona miłość Boga do mnie i gdzieś w cichości duszy odpowiedziałem:
- Ty, który kochasz moją duszę….
Nie widziałem już ikony. Zagłębiałem się w tajemnicę przedwiecznego pragnienia Boga, aby stać się człowiekiem po to, żeby człowiek mógł złączyć się z Bogiem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz